- Właśnie mieliśmy cię budzić - powiedziała na mój widok Annabeth. Wstałam z siedzenia, zabierając mój plecaczek. Wysiedliśmy z autobusu. Dopiero gdy poczułam świeże powietrze na twarzy, zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam. Uciekłam ze szkoły... Ojciec mnie zabije! Hm, czekajcie ja wam go jeszcze nie przedstawiłam, prawda? No, to... Nazywa się Jhon Davenporth i jest łucznikiem. Podobno spotkał moją mamę na polowaniu. Mama zniknęła po miesiącu ich znajomości, a następne osiem miesięcy później tata znalazł przed swoim domem srebrną kołyskę ze mną w środku. W ogóle nie jestem do niego podobna. On ma ciemną skórę, ja prawie białą. On jest dosyć przysadzisty, ja szczupła. On jest spokojny i cierpliwy, ja żywiołowa i niecierpliwa, lekkomyślna... Nigdy się nie ożenił, a do szkoły zawsze wysyłał mnie z survivalem i dobrymi zajęciami łucznictwa. No, i z internatem. Na jego wspomnienie poczułam okropne wyrzuty sumienia. On tak się starał abym była szczęśliwa i właśnie mu uciekłam ze szkoły. Jestem okropną córką...
- Diana idziesz?!-krzyknął do mnie Percy. Uniosłam głowę, dopiero teraz zauważając, że byli już jakiś metr przede mną. Przywołałam na twarz uśmiech.
- Jasne! już idę!- odkrzyknęłam i do nich podbiegłam. - Gdzie jest ten Obóz?
-Na Manhattanie, a konkretnie na Long Island. Właściwie to mamy do przejścia jakieś pięćdziesiąt metrów- odpowiedziała Annabeth. No OK, nie jest, źle. Kiedy szliśmy zachwycałam się przepięknymi widokami. było na co popatrzeć, uwierzcie mi! Pola, lasy, strumienie i pomniejsze rzeczki tak pięknie się mieniły we wschodzącym słońcu... Te pięćdziesiąt metrów przeszliśmy w jakieś pięć minut, może nawet mniej. Kiedy stanęliśmy na wzgórzu (Percy mnie poinformował, że nazywa się Wzgórze Herosów) aż mi dech zaparło. Cała kotlina była zalana słońcem. Z miejsca, w którym stałam, widziałam wielkie boisko do siatkówki, pola truskawek, morze, strumień, las... Budynki zbudowane na grecką modłę... A gdzieś w oddali usłyszałam rżenie koni. Widok był taki piękny, że nie mogłam uwierzyć, że to TYLKO obóz! Byłam w takim głębokim szoku ,że zapytałam:
- Czy... To jest prawdziwe?
- Jasne, że jest!- odparła Annabeth, kierując się w stronę sosny, która rosła na Wzgórzu. Dopiero wtedy zobaczyłam ,że o drzewo opiera się... centaur! ten sam z którym rozmawiali moi przyjaciele w lesie. Poszłam za nimi, starając się sprawiać wrażenie, że codziennie widuję facetów z końskimi zadami. Kiedy przekroczyłam granicę sosny rozległ się grzmot. Miałam wrażenie, że na chwilę wszyscy wstrzymali oddech. Percy, Ann i centaur utkwili oczy w coś co było nad moją głową. Uznałam, że skoro oni się gapią to ja też! I podążając za ich wzrokiem zobaczyłam, że tuż nad moimi włosami pojawił się srebrny hologram przedstawiający srebrny łuk skrzyżowany z łanią. Cooo? Miałam ochotę krzyczeć. Przecież nawet taki tuman jak JA wiedział czyj to atrybut i zwierzę! I z tego co pamiętałam, akurat ta bogini nie mogła mieć dzieci! Patrzyłam na moich przyjaciół w panice szukając pomocy, ale Chejron tylko potwierdził moje obawy.
- Artemida. Pani Księżyca, Obrończyni Zwierząt, Wielka Łowczyni. Witaj Diano Davenporth, córko Pani Lasów i Gór.
***
Krócej już nie mogło być... ;-; Mam przynajmniej nadzieję,że się podobało... Dedyk dla Nessi!
Sonia



