sobota, 14 marca 2015

11. Rekwiruję butelkę


Zamknęłam się w pokoju. Oparłam krzesło o klamkę, aby nikt nie mógł wejść i rzuciłam się na łóżko. Jeśli już miałam rozpaczać nad samą sobą,wolałam to robić w samotności. Leżałam, intensywnie myśląc o tym co się stało. Kiedy poruszyłam wtedy rękoma poczułam obciążenie. Obstawiałam na ciężar Lea. Kiedy niewidzialna siła miotnęła nim o ścianę ciężar zniknął. Widziałam,że ja to mu zrobiłam. Jak? Tego już nie wiedziałam. Jeszcze bardziej minie przeraził fakt,że to powtórzyłam i to w dodatku na Diegu i na Leo. Widziałam,że nie mieli mi tego za złe,ale nie mogłam znieść tego ciężaru. Nie chciałam zrobić im krzywdy. Żadnemu z nich. Ta moc... To cholerna moc... Jak ona działa? Jak mogę ją powstrzymać? Nie chce stanowić zagrożenia dla chłopaków. Jak zwykle dopiero po dziesięciu minutach zorientowałam się,że ktoś stara się do mnie dostać. W pierwszym odruchu chciałam otworzyć,ale się powstrzymałam. Nie odpowiadałam.
- Diana,wiemy, że tam jesteś!- usłyszałam głos Diega. Nawet się nie poruszyłam.
- Chcemy rozmawiać z tobą, nie z drzwiami!-wykrzyknął Leo. Nawet się nie uśmiechnęłam. Nie mogłam się pogodzić z myślą,że jeszcze przed chwilą uderzyłam nim o ścianę.
- Diana otwórz- błagał Diego. Zakryłam dłońmi uszy. Bałam już się do nich odezwać.
- Dziewczyno, bo wyważymy drzwi!-zagroził Leo. Nadal nie odpowiadałam. Sądziłam, że to groźba bez pokrycia. Dopóki nie usłyszałam odgłosu ciała napierającego na drzwi. Nie miałam pojęcia jak ich powstrzymać. Po prostu stałam jak żona Lota na środku pokoju. Za którymś razem drzwi wyłamały się z trzaskiem z zawiasów. Chłopcy chyba zbytnio się rozpędzili, bo wbiegli na mnie. Przewróciliśmy się wszyscy na łóżko. Wyglądało to tak,że pode mną leżał Diego, a nade mną Leo.
- Ostrzegałem -powiedział syn Hefajstosa, wstając. Podał mi rękę, ale ja przycisnęłam dłonie do siebie.
- Nie chce cię zranić-powiedziałam cicho. Chłopaki parsknęli śmiechem.
- Przed chwilą na tobie leżałem i nic mi się nie stało...-powiedział chłopak, nadal stojąc z wyciągniętą ręką.
- A ty na mnie wciąż leżysz i też jakoś żyję- dodał Diego. Ostrożnie chwyciłam dłoń Lea a on pomógł mi wstać.
- Widzisz? Nic mi nie jest - powiedział, szczerząc zęby. Mimowolnie również się uśmiechnęłam. - Widzisz, już ci lepiej.
- Skoro tak mówisz- mruknęłam. Diego podniósł się do pozycji siedzącej. Usiadłam, a obok mnie Leo.
- Nadal się boisz?- zapytał syn Posejdona, starając mi się spojrzeć w oczy. Jak zwykle jego głos sprawił,że się zawstydziłam.
- Owszem. Boje się,że wam coś zrobię. Kiedy szelepnęłam Leo o ścianę, poczułam jakby jego własna krew była w moich rękach... Tak samo jak twoja.- powiedziałam, patrząc na swoje kolana.
- Na pewno to się da jakoś kontrolować- powiedział Diego, obejmując mnie. Zesztywniałam. Pierwszy raz jakoś tak świadomie się dotknęliśmy. Wiem że nie powinnam tego tak przeżywać, ale no... Zrozumcie mnie. Z drugiej strony poczułam,że Leo również mnie obejmuje.
- Gdybym ja się nie nauczył kontrolować, cały statek by teraz stał w płomieniach - zażartował syn Hefajstosa. Uśmiechnęłam się.
- To może mnie naucz jak się kontrolować- powiedziałam, zaskoczona śmiałością swoich słów. Leo skinął głową. W jego oczach zapłonęły psotne chochliki.
- Oczywiście, spróbuję- odparł. Chłopcy wstali.
- No... To do zobaczenia?- powiedział pytająco Diego.
- Do zobaczenia- odparłam, mimowolnie się uśmiechając. Tak samo się pożegnaliśmy na Obozie. Kiedy herosi już poszli usiadłam na łóżku. Zaczęłam rozmyślać, nad potworami. Jakie one są? Cz istnieje podział na dobre i złe? Jeśli tak to jak je można odróżnić? Myślałam o tym z dziesięć minut,aż naszła mnie dziwna ochota na odwiedzenie Diega. Sama nie wiedziałam czemu chciałam tam pójść. Jednak podniosłam się i ruszyłam do jego kajuty. Próbowałam na poczekaniu wymyślić jakąś wymówkę, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Nie zraziłam się. Uniosłam rękę, aby zapukać,ale powstrzymał mnie dziwny dźwięk. Zamrugałam. nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam. Jakby dźwięk otwieranej butelki. Co on robi, pomyślałam. Zrezygnowałam z pukania,tylko od razu otworzyłam drzwi. Diego zamarł z jakąś tabletką i buteleczką w ręku. Natychmiast wyrwałam mu przedmiot z ręki. Nie miało podpisu. Zdenerwowana uderzyłam go tą butelką po głowie.
- Au! Za co?!- wykrzyknął, rozcierając sobie bolące miejsce.
- Za branie prochów!- odpowiedziałam. - Mogę się dowiedzieć na co to jest?!
- Na pamięć- odparł chłopak. W jego głosie nie słyszałam ani grama złości. Zaskoczyło mnie to.
- Na pamięć?- powtórzyłam zdezorientowana. Skinął głową. Rzuciłam w niego buteleczką. odwróciłam się. Już prawie przekroczyłam próg, kiedy poczułam jego dłoń na swoim ramieniu. Zmiękły mi kolana, ale starałam się być dzielna. Nie mogę pozwolić, aby każdy jego dotyk był dla mnie aż tak paraliżujący!
- Diana...- w jego głosie słyszałam ból. Chciałam go przytulić,ale powstrzymałam się. Zamiast tego powali się odwróciłam. Na jego twarzy malowało się cierpienie, Natychmiast pożałowałam swoich ostrych słów. Jednak nie dałam tego po sobie poznać.
- Nie wiedziałem... Nie sądziłem, że to będzie takie ważne.
Mimowolnie złapałam go za koszulę.
- Oczywiście,że jest! - powiedziałam, potrząsając nim. - Przecież jestem za was odpowiedzialna, gdyby wam się coś stało...
Urwałam, bo poczułam, że Diego położył swoją dłoń na mojej twarzy, Spojrzałam mu prosto w oczy.
- Nie masz się czym martwić- wyszeptał. Skinęłam głową. Znowu nie wiedziałam, jak wybrnąć z tej sytuacji. przełknęłam ślinę. Chłopak odsunął się ode mnie.
- Idę do pegazów- powiedział, wymijając mnie.
- Ja... jasne - powiedziałam z lekkim opóźnieniem.
***
Ship time?? Maybe... XD Aaaa am, mam nadzieję,że się podobało :) Dedyk dla Tini ^^
Sonia

sobota, 7 marca 2015

10. Rzucam ludźmi o ściany


P.S. Czytajcie przy tym Jak się skończy puścicie od nowa :P 
Kiedy Leo już sobie poszedł, uznałam, że to najwyższy czas na pójście spać. Przebrałam się, położyłam głowę na poduszce i zamknęłam oczy. Natychmiast przeniosłam się w magiczny świat snu, lecz tym razem nie dane mi było obudzić się z uśmiechem na ustach. Obraz który zobaczyłam napawał mnie. Widziałam na niebie jednocześnie Księżyc jak i Słońce. Niebo miało kolor świeżej krwi. Zobaczyłam, że na nieboskłonie widnieją dwa zwierzęta: srebrna łania i złoty wół. Nacierały na siebie, walczyły. Przeszukałam moje wiadomości o takich zwierzętach w mitologii. Artemida i Apollo. Chciałam ich zatrzymać, w jakiś sposób do nich podlecieć. Zrobić cokolwiek, aby tylko ich rozdzielić. Lecz wtedy usłyszałam ostry syk wydobywający się spod miejsca na którym stałam, co zmusiło mnie do spojrzenia w dół. Stałam na ogniu. Dosłownie. Zaczynałam się palić. Kiedy tylko płomienie dotarły do mojego ubrania ziemia otwarła się i spadłam w dół. Nie zdążyłam nawet krzyknąć. Jednak kiedy już uderzyłam o grunt nie byłam nawet poobijana. Powoli wstałam, rozglądając się dokoła. Stałam wśród pierścieni ognia a wokół mnie słyszałam czyjąś przyciszoną rozmowę. Wysiliłam słuch.
- Mój panie, nie możemy pozwolić, aby ta dziewczyna oddała Łuk Apollowi. To by wszystko zniszczyło...-powiedział zdecydowanie męski głos. Brzmiał jasno ja Słońce, aż nie mogłam uwierzyć, że taka osoba może być zła.
- Wiem o tym. Trzeba zadbać o jakiś wypadek, najlepiej na terenie Delf. To rozwścieczy Artemidę. Jej własna córka, ranna lub może nawet zabita na terytoriom jej brata? Pomyśl tylko o tym, takie pokłady nienawiści...- o, ten już bardziej brzmiał jak czarny charakter. Głos miał chrapliwy, ale w pewnym sensie słychać również było zmęczenie. Mężczyzna ciężko dyszał. Po chwili znów usłyszałam jego głos:- Chociaż nie musimy jej się do końca pozbywać... Możemy ciężko okaleczyć... Jeśli ją złapiemy zanim odkryje swoją niezwykłą zdolność może nam się przydać.
Po tych słowach obudziłam się. Co ciekawe nie leżałam na łóżku, tylko na podłodze. Musiałam spaść podczas snu. Przetarłam oczy i zebrałam się z podłogi. Usiadłam, kładąc dwa palce na szyję. Ten sen wiele mi powiedział. To jest jakaś większa intryga. W Delfach będziemy musieli uważać. I to bardzo. Byłam również bardzo zaskoczona zdaniem o moich nieodkrytych umiejętnościach. O co mogło w tym chodzić? Chciałam wstać do chłopaków i im o tym opowiedzieć, ale powstrzymałam się. Przecież obiecałam Diego, że rano będę miała jakiś plan co mamy zrobić. Wzięłam kartkę i długopis. Ponownie położyłam palce na szyi. Siedziałam tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu napisałam:
1. Dopłynięcie do Delf.
2. Znalezienie świątyni, w której schowany jest Łuk
3. Unikanie potworów, o ile to możliwe
4. Unikanie bogów, ale jeśli już zaproponuje pomoc lepiej ją przyjąć
5. Dopłynięcie do Obozu w pełnym składzie, cali i zdrowi
Przyjrzałam się temu co napisałam. Brzmiało to bardziej jak poplątanie planu z zasadami, ale co tam. Dopiero wtedy pomyślałam o ubraniu się. Kiedy już to zrobiłam wzięłam do ręki kartkę i pobiegłam do jadalni.
- Diego! Leo!- wykrzyknęłam otwierając drzwi. Moim oczom ukazał się dziwny widok. Obaj półbogowie stali ze zaciętymi, wrogimi minami. Leowi zaczęła niebezpiecznie płonąć dłoń (zanim wyruszyliśmy powiedział i o jego wyjątkowej mocy),a woda w dzbanie zaczęła się unosić, jakby zgodnie z wolą Diega. Wyglądało to tak jakbym weszła w środek kłótni. Świetnie. Tylko tego mi brakowało: dwóch skłóconych towarzyszy podróży. Kiedy zobaczyli, że stoję w drzwiach, równocześnie usiedli i zaczęli się do siebie uśmiechać. Chyba nie widzieli ,że widziałam scenę przed chwilą. Rzuciłam w ich kierunku kartkę z planem/regulaminem. Żałowałam teraz, że nie dopisałam punktu "Zakaz kłótni". Usiadłam naprzeciw nich, starając się odgadnąć o co się kłócili. Kiedy nałożyłam sobie kawałek pizzy i nalałam coli odezwał się Diego:
- To wszystko?
Skinęłam głową, biorąc pierwszy kęs pizzy.
- Brzmi nieźle-powiedział syn Posejdona, uśmiechając się. O mało nie wypuściłam jedzenia z dłoni i nie spiekłam raka. To nie do pomyślenia, że tak reaguję na każdy jego miły gest w stosunku do mnie!
- Macie jeszcze jakieś punkty do zaproponowania?- zapytała, upijając łyk coli.
- Nie utopić się w zajebistości Leo? Co ty na to?- zapytał Leo, szczerząc do mnie zęby. Mimowolnie się roześmiałam.
- Może lepiej nie, Leo-odparłam, nadal się uśmiechając.
- Zakaz używania nadprzyrodzonych mocy na terenie statku?- zapytał Diego. Skinęłam głową i zapisał. Gdyby syn Hefajstosa nam się tu tak podekscytował, że spowodowałby samozapłon, to martwiłabym się o naszą podróż. Syn Posejdona jakby się wkurzył, też mógłby narobić wiele szkód. Ja jeszcze żadnych swoich mocy nie odkryłam, ale dzięki temu snu, wiedziałam, że jakieś mam. Chyba na samą myśl o tym zrzedła mi mina, bo Leo zapytał:
- Coś cię martwi Diano?
Nie chciałam znowu kłamać, więc szczerze opisałam m mój sen. Chłopcy wyglądali na... no cóż z lekka zaszokowanych.
- Jestem ciekaw jaką skrywasz moc-powiedzieli równocześnie, co znów wywołało mój uśmiech. Jednak od czasu do czasu w czymś się zgadzali.
- Ja sama tego nie wiem. Mam nadzieję ,że nie będzie jakaś taka bardzo zła-powiedziałam, dojadając pizzę i dopijając colę. Leo, wstał. Dotknął mojego ramienia z zamiarem odwrócenia mnie w jego stronę. Tak mnie tym wystraszył, że oprócz tego iż się obróciłam to szarpnęłam mocno dłonią z zamiarem dania napastnikowi z liścia, ale nawet nie dotknęłam jego twarzy . Lea jakby coś pociągnęło w kierunku zgodnym z ruchem mojej dłoni. Przywalił w ścianę obok. Spojrzałam z przestrachem na swoją dłoń. Co ja zrobiłam?! Leo powoli zbierał się z podłogi, a Diego podszedł do mnie, chcąc chyba mnie uspokoić, ale ja już byłam na skraju paniki.
- Nie podchodź do mnie! Nie chcę ci zrobić krzywdy!- wykrzyknęłam piskliwym głosem ,wyciągając ręce przed siebie w kierunku synów Posejdona i Hefajstosa. Odrzuciło ich na ścianę, na którą chwilę wcześniej trafił Leo. Patrzyłam to na nich, to na moje dłonie z coraz większym przerażeniem i paniką w oczach, które odmalowały się również na mojej twarzy. Nie wytrzymałam ani swoich uczuć, ani min chłopaków, chociaż jasno pokazywali ,że nie żywią do mnie urazy za rzucanie nimi o ściany. Wybiegłam z jadalni.
***
Sul,sul! Jak się podobało tym razem? Dedyk leci do Emili ^^ Osobiście sądzę,że to chyba jeden z moich najlepszych rozdziałów. Mam nadzieję,że Wam również się podobało ^^
Sonia

sobota, 28 lutego 2015

9. Jak ja nienawidzę płakać!

Następnego dnia mieliśmy wyruszyć. Jeszcze poprzedniego dnia Piper, córka Afrodyty zrobiła mi przyspieszony kurs latania pegazem. Zdążyłam się zaprzyjaźnić ze Śnieżką, białą klaczą, która uznała, że mnie nie chce zostawić i poleci razem ze mną na misję. Kiedy już skończyłam poszłam się spakować, tak jak reszta mojej trójki. Do mojego ukochanego plecaczka wzięłam ubrania na zmianę, podstawowe kosmetyki i moje jedno, jedyne zdjęcie przedstawiające mnie z tatą. Teraz, kiedy stałam na wybrzeżu Long Island, co chwila sprawdzałam, czy mam je w kieszeni. Ann i Percy przyszli się z nami pożegnać. Blondynka wyglądała tak, jakby wysyłała swoje jedyne dziecko na wojnę. Z resztą on wyglądał tak samo. Podbiegła do mnie zamykając mnie w silnym uścisku. Aż pomyślałam, że chce mnie udusić.
- Masz na siebie uważać. Nie daj się ponieść nerwom. Pamiętaj ,że to ty dowodzisz misją.
- Dobrze, dobrze, wszystko wiem, ale błagam puść mnie, bo to nie potwory będą przyczyną mojej śmierci- odparłam. Blondynka w końcu mnie puściła. Podszedł Percy. Minę miał śmiertelnie poważną. Normalnie jak nie Percy.
-  Jak usłyszę, że zginęłaś osobiście zejdę do Hadesu i skopie ci tyłek-powiedział. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Nie martw się, będę na siebie uważać.
- I dobrze. Ale błagam cię wróć w jednym kawałku. Nie ufaj bogom. Jeśli chcą ci pomóc, przyjmij ich pomoc, ale pamiętaj. Będą chcieli coś w zamian-dodał. Kiwnęłam głową. To brzmiało logicznie. Widocznie nawet bogowie stosowali zasadę coś za coś. Dopiero gdy powiedział tę radę złamał się. Przytulił mnie jeszcze mocniej niż Annabeth. Staliśmy tak z dwie minuty nim zdecydował się mnie puścić. Teraz jego dziewczyna zwróciła się do dwóch chłopaków stojących obok mnie.
- Wy dwaj! Jeśli się dowiem, że przez waszą niekompetencję, nie przemyślane czyny, zgrywanie bohatera czy jakiekolwiek kłótnie coś jej się stanie to przysięgam, że osobiście was zabiję.
- No coś ty, Ann-powiedział Diego szczerząc zęby.
- Przecież nas znasz-dodał Leo. Córka Ateny tylko obrzuciła ich wzrokiem.
- Dołączam się do gróźb-poparł swoją dziewczynę Percy.
- Będzie z nami bezpieczna-odparli równocześnie chłopcy, żartobliwie salutując. Odwróciłam się patrząc na statek którym mieliśmy popłynąć do Delf. Argo II. Jak na moje kompletnie się nie znające na wszelakich pojazdach oko był całkiem niezły. I wielki jak diabli. Wzięłam głęboki oddech. Jeszcze raz mocno się przytuliłam do Annabeth i Percy'ego.
- To do zobaczenia!- wykrzyknęłam jeszcze i pobiegłam na pokład. Za mną podążyli Leo z Diegiem. Syn Hefajstosa zajął miejsce u sterów i zaczął wyprawiać tam jakieś niezrozumiałe dla mnie rzeczy, ale kiedy się wyprostował statek ruszył. Oparłam się o burtę i patrzyłam z góry na Obóz Herosów i na moich przyjaciół. O mały włos się nie popłakałam, ale przypomniałam sobie słowa Annabeth. To ja tu dowodzę. Muszę być twarda. Argo II zaczął się coraz szybciej oddalać od wybrzeży Long Island, jednak moje gołąbeczki nadal tam stały machając nam. Sama robiłam to samo, tylko w ich kierunku. Jednak pokrótce oni tez zniknęli we mgle. Widziałam tylko morze. Westchnęłam. Teraz to już na prawdę zostałam sama.
- Idę do swojej kajuty!- krzyknęłam w przestrzeń. Nie słysząc żadnego odzewu ze strony chłopaków poszłam tam gdzie powiedziałam. Usiadłam na łóżku i wyjęłam z kieszeni fotografię, gładząc ją machinalnie. Pewnie się zastanawiacie czemu chciałam w swojej wyprawie dwóch chłopaków których znałam praktycznie kilka minut, prawda? Z czystego egoizmu. Jeden był dla mnie szalenie miły, a drugi wydawał się być pomocny. Poza tym nadal miałam w pamięci dwa ostatnie wersy przepowiedni. A przyjaciel co ze wszystkich miał być najlepszym, wrogiem się stanie chcąc uczynić świat lepszym... O co mogło w tym chodzić? Pewnie, jakiś przyjaciel mnie zdradzi, ale jak będzie chciał "uczynić świat lepszym"? A nie mogę trzymać się z dala od wszystkich moich znajomych w obawie przed jakąś głupią przepowiednią! Znowu dopiero po dziesięciu minutach dobijania się to drzwi zorientowałam się, że ktoś coś ode mnie chce. Otworzyłam, zostawiając fotografię na łóżku.
- Można wejść?- zapytał Leo. Za nim zobaczyłam Diega. Odsunęłam się, wpuszczając chłopaków do środka. Syn Hefajstosa walnął się bezpardonowo na łóżko, a syn Posejdona usiadł na krześle. Ja przycupnęłam obok Lea.
- Więc? O co chodzi?- zapytałam po dłuższej chwili ciszy.
- Masz jakiś plan?- zapytał prosto z mostu Diego. Pokręciłam przecząco głową.
- Wiem tylko tyle, że mamy wbić do Delf i znaleźć Złoty Łuk-odparłam. Chłopak westchnął.
- To niewiele...
- Ale wystarczająco dużo, aby zrobić cokolwiek-obronił mnie Leo, mówiąc to trochę wyzywającym tonem.
- Sorry, nie chciałem, aby to tak zabrzmiało-powiedział Diego patrząc na mnie przepraszającym tonem. Skinęłam głową na znak, że nie obraziłam się na niego.
- Jutro rano coś wymyślę, dobrze?- powiedziałam, siląc się na uśmiech. Syn Posejdona skinął głową. Wstał i po prostu wyszedł, ale Leo jakoś nie chciał się ruszyć z mojego łóżka.
- Kto to jest? Ten facet obok ciebie-zapytał. Zajrzałam mu przez ramię. Trzymał w ręku moją fotografię. Miałam na niej jakieś osiem lat i przedstawiała moment, w którym tata stał obok mnie, pokazując jak strzelać z łuku.
- To mój tata-odparłam, zabierając mu zdjęcie.
- Jest dla ciebie kimś ważnym?
- Tak, w końcu to mój ojciec. Dbał o mnie odkąd pamiętam. Byłam u niego zawsze na pierwszym miejscu, starał się aby z mojej twarzy nigdy nie znikał uśmiech...A ja mu uciekłam właśnie ze szkoły-powiedziałam, starając zapanować nad głosem. Oczywiście mi nie wyszło, za każdym kolejnym słowem łamał mi się coraz bardziej aż w końcu nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Leo mnie objął.
- Nie martw się -powiedział. - Jestem pewien, że gdyby cię teraz widział byłby z ciebie dumny.
Uśmiechnęłam się słabo.
- Mam taką nadzieję.
***
Hejoooo ^^ Jak Wam się podobało? Postarałam się, aby było trochę dłuższe niż zwykle. :P Dedyk dla Maji ^^
Sonia

czwartek, 26 lutego 2015

8. Udaje mi się wszytkich okłamać

 
Kiedy się obudziłam, leżałam na poduchach w jaskini ,a nade mną majaczyła się czyjaś zatroskana twarz. Nie rozpoznałam jej. Moje oczy działały tak, jak oczy krótkowidza bez okularów, a nawet gorzej. Widziałam niby coś, ale wszystko było rozmazane. Widziałam kolory. Przewagę fioletowego, jakieś pomarańczowe elementy... Słyszałam też jakieś rozmowy, ale brzmiały jak zbitka wszystkich języków świata. Nie mogłam rozdzielić słów, dźwięki brzmiały w moich uszach jak odgłosy dzikich zwierząt. Chciałam się poruszyć, ale moje ciało było jak z ołowiu. Jednak po paru minutach wszystko to minęło. Wzrok mi się wyostrzył, rozmowy zaczęły na powrót brzmieć zrozumiale. Twarz, którą widziałam przedtem należała do Percy'ego. Pomarańczowy kolor był na koszulkach dwóch innych obozowiczów. Jednym z nich była Ann. Drugim był chłopak, którego nie rozpoznałam. Miał gęste, kręcone, ciemne włosy, brązowe oczy, spiczaste uszy i dziecinną twarz. Chłopak był przeciętnej postury, ale z tego co dojrzałam z twarzy nie schodził uśmiech. Zauważyłam też, nie leżałam w takiej pozycji w jakiej upadłam. Pamiętałam ,że zanim zemdlałam, to upadłam na plecy, a teraz leżałam na boku z głową wspartą, jak mniemam na kolanie Percy'ego. Kiedy próbowałam się przewrócić, syn Posejdona poczuł wreszcie, że się obudziłam i zawołał:
- Ej, ludzie! Diana się obudziła!
- Bogowie, nie strasz nas tak nigdy więcej!- wykrzyknęła Annabeth, przytulając mnie na dzień dobry. Rachel stała za nią. Zaniepokoiło mnie to,że nigdzie nie widziałam tego chłopaka z którym rozmawiała.
- Czy to co usłyszałaś, było na prawdę takie straszne?- zapytała zatroskana ruda.
- Nie, nie było-skłamałam. - Po prostu miałam trochę za dużo wrażeń jak na jeden dzień i moje ciało musiało jakoś odreagować-dodałam najbardziej uspokajającym tonem na jaki mnie było stać.
- Ja też tak mam, kiedy patrzę w lustro, nie martw się-usłyszałam męski głos za sobą. Wszyscy się roześmiali, włącznie ze mną.
- Tak Leo, wiemy, że porażasz urodą nawet samego siebie-powiedział ze śmiechem Percy. A więc ten chłopak nazywał się Leo... Fajne imię. Gdybym nie leżała sobie na kolanach chłopaka Annabeth, nadal mając trudności ze wstaniem to bym się z nim przywitała ja człowiek. Chyba ten Leo to zauważył, bo bezpardonowo wziął mnie po pachy i postawił do pozycji pionowej. Odwróciłam się w jego kierunku i wyciągnęłam do niego rękę.
- Diana Davenporth, córka Artemidy- powiedziałam, mimowolnie się uśmiechając.
- Leo Valadez, syn Hefajstosa- odparł ściskając moją dłoń, odwzajemniając uśmiech. W tym momencie Ann zaczęła grzebać po kieszeniach wyraźnie czegoś szukając. Wreszcie z tylnej kieszeni dżinsów wyjęła srebrny medalik w kształcie serca zawieszony na równie srebrnym łańcuszku.
- Dziewczyna od Hekate ci to zrobiła. Medalik jest otwierany i gdy będziesz potrzebowała swojej broni po prostu go otwórz. Kiedy skończysz walczyć, przejedź po grawerunku z podpisem twojej mamy, wtedy łuk zmieni się w ten medalik-powiedziała dając mi go. Starłam się go sobie zapiąć na szyi, ale ręce tak mi się trzęsły, że było to prawie niemożliwe.
- Pomóc ci?- zaoferował się Leo. Skinęłam potakująco głową. To z czym ja się męczyłam z pięć minut on zrobił w trzy sekundy.
- Diana pamiętasz o czym była wróżba?- zapytał Percy, kiedy łańcuszek zawisł już na mojej szyi, a ja z synem Hefajstosa usiedliśmy.
- Oczywiście, że tak -powiedziałam. - Aż tak mocno nie uderzyłam się w głowę.
- Powiesz ją nam?- odezwała się Annabeth. Skinęłam głową.
- Apolla skradziony został Łuk Złoty
Dziecię bogini co miała dochować cnoty
Zwrócić broń musi do dnia najjaśniejszego
Wróg za przyjaciela ujdzie najlepszego -wyrecytowałam, celowo pomijając ostatnie dwa wersy.
- To wszystko?- zapytał zaskoczony Percy. Przygryzłam wargę. Nie chciałam ich okłamywać, ale nie chciałam mówić tych ostatnich wersów. Przerażały mnie, sprawiały iż nie wiedziałam komu mam ufać. I byłam się o to, kogo mogłabym utracić.
- Tak, to wszystko-odpowiedziałam, starając się nie odwracać wzroku. Chyba mi uwierzyli na słowo. - Jak sądzicie co się z tym łukiem stało? Przecież od tak nie wyparował!- dodałam, zmieniając z lekka temat.
- Ktoś chce skłócić bogów.  I jestem pewna, że to ktoś z Obozu maczał w tym palce-powiedziała Annabeth. Pokiwałam głową.
- Tylko, że nadal nie wiemy nawet gdzie ten Łuk może być schowany, ani nawet jak go oddać-powiedziałam zmartwiona.
- Oddać to jeszcze pół biedy. Wjeżdżasz na sześćsetne piętro Empire State Bulding i stamtąd już prosta droga na Olimp. Ale gdzie może być Łuk... To nie mam zielonego pojęcia-westchnął Percy. Spojrzałam na Rachel.
- Może udałby ci się zobaczyć coś? Jakąkolwiek wskazówkę!- zapytałam jej. Pokręciła głową.
- Nie wiem czy tak się da. Nie da się mieć takiego widzenia na zawoł...-zaczęła, ale po chwili się poderwała i podbiegła do czystego płótna, założonego na pobliską sztalugę. Chwyciła w ręce paletę z farbami i pędzel i zaczęła coś malować. Wszyscy wpatrywaliśmy się w nią w skupieniu. Po jakimś czasie wyprostowała się, wskazała pędzlem na obraz i powiedziała:
- Tam znajdziesz Łuk.
Podeszłam do malunku i mu się uważnie przyjrzałam. Bez wątpienia było to starożytne, greckie miasto. Wiedziałam, że gdzieś już je widziałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Za moimi plecami Annabeth pstryknęła palcami.
- Przecież to są Delfy! Czemu Apollo nie może znaleźć swojego Łuku na własnym terytorium?
- Nie mam zielonego pojęcia, ale wiem, że musimy się tam w miarę szybko dostać. Jeśli dobrze myślę, ten "najjaśniejszy dzień" w mojej przepowiedni oznacza pierwszy dzień lata, czyli dwudziestego pierwszego czerwca, który wypada za trzy tygodnie. Muszę wyruszyć jak najszybciej-powiedziałam, odwracając się w stronę moich przyjaciół.
- Możesz wziąć dwóch towarzyszy ze sobą-powiedział do mnie Percy. Skinęłam głową. Już wiedziałam kogo chcę zabrać.
***

Cześć miśki wy moje kochane! Jak się podobało? Mam nadzieję,że bardzo :) Dedyk dla Emily Anders! 
Sonia 

wtorek, 24 lutego 2015

7. Poznaję opętaną dziewczynę


Zbaraniałam. Przez dłuższy czas nie mogłam wykrztusić słowa. Minęło ładnych parę minut  nim odzyskałam głos i zdołałam się wydrzeć:
- Że ja bardzo przepraszam, co? Nigdy nie widziałam mojej mamy, o Apollu nie wspominając! Jak niby miałabym ukraść łuk?!
- Diana, uspokój się, my to wiemy -powiedział Percy, ściskając moją drugą rękę. - Tylko Apollo tego nie ogarnia. Poza tym pomyśl, gdybyś ty podejrzewała swoją siostrę o kradzież swojej ulubionej rzeczy, nie oskarżyłabyś jej dziecka o taki czyn?
Chciałam zasłonić uszy przed uspokajającym głosem chłopaka, ale dobrze wiedziałam, że ma rację. Skinęłam więc smutno głową.
- A najlepszym sposobem na to, żeby Apollo jakoś się uspokoił i przestał oskarżać Artemidę o kradzież jest oddanie przez ciebie tego nieszczęsnego łuku-powiedział Chejron.
- Czemu ja?! - wybuchłam. Na na litość bogów, ja niczemu nie jestem winna!
- Bo gdy mu go oddasz, Apollo na prawdę uwierzy, że to nie byłaś ty, ani nikt z otoczenia twojej mamy-wyjaśniła Annabeth. - Twoja mama cię potrzebuje- dodała. Moja mama mnie potrzebuje... Zabrzmiało poważnie. Z jednej strony nigdy jej nie widziałam, a z drugiej opiekowała się mną na swój sposób. Westchnęłam.
- Mogę pójść, chociaż kompletnie nie wiem gdzie -powiedziałam w końcu.
- Więc przyjmujesz misję?- zapytał Chejron. Pokiwałam potakująco głową. Co innego mogłam zrobić? - W takim razie powinnaś spotkać się z Wyrocznią. Percy, Annabeth zaprowadźcie ją tam.
Zabrzmiało jeszcze poważniej. Wstałam jednak z moimi przyjaciółmi. Zaprowadzili mnie do jakiejś dziwnej jaskini, zostawiając mnie u jej wejścia.
- Kiedy już skończysz, pójdź do Wielkiego Domu lub do siebie. Powinnam już wtedy mieć twój przemieniony łuk -powiedziała Ann na odchodnym. Wysiliłam się na uśmiech i weszłam do jamy. Musze przyznać, że była bardzo ładnie urządzona. Wyglądający na drogi fioletowy, połyskliwy materiał był artystycznie udrapowany na ścianach. Gdzieniegdzie były rozwieszone sznury koralików, drobnych perełek i kamieni księżycowych. W szklanych stojakach były poustawiane wiśniowe świece o zapachu shelibu. Wszędzie leżały różnokolorowe poduchy. Zauważyłam też płótna, sztalugi, mnóstwo farb oraz obrazów. Chciałam podejść do obrazu, aby mu się przyjrzeć z bliska, ale powstrzymał mnie czyjś głos.
- Czyżbyś przyszła do Wyroczni?
Odwróciłam się. Przede mną stała dziewczyna o zielonych oczach i długich, kręconych, rudych włosach. Jej skóra była usiana piegami. Była ubrana w poprzecierane dżinsy i czarny T-shirt a na głowie zawiązała zieloną bandanę. Uśmiechnęła się do mnie. - Jestem Rachel Dare i to ja pełnię obowiązki Wyroczni.
- Ty też jesteś herosem?- zapytałam trochę z głupia frant. Pokręciła głową śmiejąc się.
- Nie, ja jestem tylko widzącą przez Mgłę śmiertelniczką.
- Przepraszam? Czym jest Mgła?
- To jest taka siła, która ukrywa przed oczami śmiertelników zdarzenia, które zrobili herosi, przeinacza potwory czy broń na sprzyjający śmiertelnikom tok wydarzeń-wytłumaczyła mi Rachel, nadal się uśmiechając.
- O, sorki, jeszcze się nie przedstawiłam. Nazywam się Diana Davenporth, jestem córką Artemidy-powiedziałam, uśmiechając się. Wyraz twarzy dziewczyny się zmienił. Sprawiała wrażenie jakby nagle doznała głębokiego szoku.
- Wo.. wow- zdołała wykrztusić. Po chwili ochłonęła i powiedziała wyciągając rękę w moim kierunku: -Miło cie poznać.
- Ciebie też-odparłam, ściskając jej dłoń.
- Ooo... czekaj, przygotuj się. Zaraz dostaniesz swoją przepowiednię -powiedziała dziewczyna i wtedy zauważyłam, że zesztywniała, a wyraz jej twarzy stał się bezbarwny. Po chwili z jej ust i ,co było bardziej przerażające, z oczu, zaczęła się wyłaniać zielona mgła. Gdy opadła na podłogę zmieniła się w cztery znane mi osoby: tatę, Elizabeth, Percy'ego i Annabeth. Pierwsza zaczęła mówić do mnie Ann, ale nie mówiła swoim głosem tylko potrójnym Rachel:
- Apolla został skradziony Łuk Złoty...-No Ameryki nie odkryłaś pomyślałam sarkastycznie, ale jej widmowa postać zaczęła mówić dalej. - Dziecię bogini co miała dochować cnoty...
- Zwrócić broń musi do dnia najjaśniejszego -wciął jej się w słowo widmowy Percy, mówiąc nadal głosem Rachel. - Wróg za przyjaciela ujdzie najlepszego.
- A przyjaciel, co ze wszystkich miał być najlepszym, wrogiem się stanie, chcąc uczynić świat lepszym.-odezwał się tata, patrząc prosto na mnie, wywołując u mnie silne wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że to tak na prawdę nie on, ale nie mogłam znieść myśli, że mogłam go w jakiś sposób zawieść. Zapadła cisza. Myślałam, że to już koniec mojej przepowiedni, ale postaci nadal się unosiły przede mną. I wtedy Elizabeth dorzuciła chyba najgorszy dla mnie fragment.
- Potomkini srebrnej łuny łowczej dozna utarty osoby najdroższej.
W tym momencie mój mózg chyba uznał, że wystarczy mi tych wrażeń jak na jeden dzień i, że powinnam pójść spać. Innymi słowami? Zemdlałam.
***

Czeeeeeść hirołsy moje kochane! :* Jak Wam się podobała dzisiejsza notka? Bo ja jestem z niej baaardzo zadowolona! Dedyk dla Wiktorii Ziembakowskiej ^^
Sonia

niedziela, 22 lutego 2015

6. Zostaję ogłoszona złodziejką


Kiedy już ochłonęłam po spotkaniu z Diegiem, uznałam, że j warto by się rozpakować. Odszukałam swój plecak i wysypałam jego zawartość na futro niedźwiedzia. Zaczęłam je układać w szafie i na komodzie. Dopiero gdy dotarłam do strzał, przystanęłam. Uklękłam i ostrożnie wzięłam do ręki jedną z nich. Obróciłam ją grotem w swoją stronę. Annabeth miała rację. Grot tej strzały był wykonany z metalu nieznanym mi z nazwy, a jeśli chodzi o ten rodzaj broni byłam uważana za specjalistkę. To musiał być ten "niebiański spiż" o którym mówiła Ann. Jednak obracając strzałę poczułam pod palcami jakąś nierówność. Zaintrygowana podniosłam ją na wysokość oczu, aż w końcu znalazłam jej przyczynę. Na niej ktoś wygrawerował czyjeś imię. Pochyliłam się. Thalia. Zaskoczona zaczęłam przeglądać wszystkie strzały. Na każdej było wygrawerowane inne imię. Candy, Nancy, Igriana... Ktoś chyba zrobił jakąś zrzutę strzał specjalnie dla mnie. Wtedy wzięłam do ręki łuk. Przyglądając mu się zauważyłam jak jest pięknie wykonany. Gryf, grzbiet i oba ramiona były srebrne i rzeźbione w jakiejś kształty, które sprawiały wrażenie jakby wokół łuku oplotły się winorośle, a  cięciwa była niezwykle wytrzymała. an gryfie zobaczyłam grawerunek, tym razem większy i bardziej ozdobny niż na strzałach. Artemida. Łuk mamy! Skąd ona mogła wiedzieć, że... Chociaż... Jakbym sięgnęła pamięcią wstecz to ten łuk pojawiał się już wcześniej. Na każdym survivalu, czy nawet na salach ćwiczebnych... Czyli... jednak mama na swój sposób o mnie dbała! Poprawił mi się humor. Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Wstałam rozpromieniona i otworzyłam. Kiedy zobaczyłam, że w drzwiach stoją Percy z Ann to od razu rzuciłam się chłopakowi na szyję, piszcząc:
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
- Nie ma za co, a o co chodzi?- zapytał rozbawiony, o mało co się nie przewracając.
- Nie o co, ale o kogo! Dzięki za nasłanie na mnie Diega!
W tym momencie Annabeth zaczęła się zwijać ze śmiechu, za to Percy wyglądał na mocno skonfundowanego.
- A w czym takim on ci pomógł?- zapytał, gdy go już puściłam. Annabeth poczochrała mu włosy ze śmiechem.
- Jak ty nic nie rozumiesz Glonomóżdżku- powiedziała, a po chwili dodała, z lekka poważniejąc. -Diana, Cherjron wzywa cię do Wielkiego Domu.
Zbaraniałam. Przecież byłam na Obozie dopiero od kilku godzin! Nie zdążyłabym nabroić aż tak bardzo! Ale tylko skinęłam głową i już miałam pójść za nimi, gdy Percy zajrzał mi przez ramię do pokoju.
- Polubiłaś ten łuk, co? -zapytał przyklękając przy broni.
-Jest mojej mamy. Strzały też są czyjeś-odpowiedziałam, na dowód pokazując im grawerunki. Brwi Percy' ego uniosły się tak wysoko, jakby chciały mu uciec z twarzy.
- Daj mi ten łuk ze strzałami. Poproszę kogoś od Hekate aby ci go zaklął w ten sposób jak miecz Percy'ego- powiedziała Annabeth wyciągając rękę po broń.
- To znaczy, że z długopisu zrobi się ten łuk z tymi strzałami? - zapytałam podekscytowana, dając jej mój podarunek.
- Coś w tym stylu- odparła i dopiero wtedy ruszyliśmy do Wielkiego Domu. Kiedy doszliśmy na rozległy taras, oprócz Chejrona zobaczyłam najbardziej osobliwego faceta, jakiego kiedykolwiek było mi dane wżyciu zobaczyć. Gruby, stosunkowo niski w hawajskiej koszuli w tygrysim wzorze, o czarnych, niemal fioletowych włosach i przekrwionych oczkach. Grali w karty. Na nasz widok mruknął:
-Siadajcie.
Percy i Ann usiedli, a ja poszłam w ich ślady, bo domyśliłam się, że to jest ten Pan D. o którym mówił mi Diego. Chejron spojrzał na mnie.
- Odpoczęłaś Diano?
Skinęłam potakująco głową, nadal nie wiedząc co takiego nabroiłam.
- To dobrze. Zauważyłaś, że ostatnio to dzień i noc jakby kłócą się ze sobą?
Pokręciłam przecząco głową. Co, niby ja jestem tego przyczyną?
- Artemida i Apollo kłócą się o coś co zostało skradzione, a twój wujek oskarża o to twoją mamę.
W mojej głowie pojawiły się dwie nowe wiadomości. Jedną była złość. Jaki prawem ją oskarża? Mam by tego na pewno nie zrobiła! A druga to była myśl na temat tego, aby przez jakiś czas trzymać się z dala od dzieci Apolla.
- Apollowi skradziono Złoty Łuk, najważniejszy z jego broni, jest do niego bardzo przywiązany. Wie, że bóg bogowi nie może nic skraść, musi się posłużyć jakimś śmiertelnikiem bądź herosem. Na początku podejrzewał którąś z łowczyń Artemidy...
- Po co mojej mamie byłby jakiś Złoty Łuk?- zapytałam skonfundowana.
- Szczerze, sam tego nie wiem... Może Apollo wierzy, że jego siostra chce zająć władzę na całym niebie? W każdym razie, Artemida uznała ciebie...
- A Apollo sądzi, że to ty mu ukradłaś Łuk- dokończyła Ann, mocno ściskając mnie za rękę.
***

Siemanko ^^ Jak się dzisiaj podobało? :P Dedyk dla Oliwii ^^
Sonia
P.S. Wypowiedzcie się o wyglądzie bloga c;

wtorek, 17 lutego 2015

5. Przystojny chłopak najeżdża mi na dom


Na miękkich nogach szłam za Chejronem. Nie obchodziło mnie dokąd mnie prowadzi. Chciałam tylko walnąć się na łóżko, pomyśleć, popłakać... Ewentualnie w odwrotnej kolejności. Percy i Ann gdzieś zniknęli, zostawiając mnie pod opieką centaura. Na moje szczęście facet jakby czytał w moich myślach, bo gdy wreszcie się zatrzymaliśmy moim oczom ukazał się piękny, srebrny domek z mosiężną ósemką nad drzwiami.
- Domek Artemidy. Rozpakuj się i odpocznij, dziecko-powiedział Chejron i pogalopował sobie gdzieś. Otworzyłam drzwi, zatrzaskując je z całej siły za sobą. W środku znajdowały się zwykłe łóżka ze srebrną pościelą, toaletka z lustrem i miejscem na kosmetyki, posrebrzone komody i szafy. Na suficie wisiała lampa w kształcie półksiężyca, na ścianach futra zwierząt, a na dywanie leżało wielkie futro niedźwiedzia. Rzuciłam się  na najbliżej stojące łóżko ,rzucając plecak gdzieś w kąt. Głupio mi się przyznać, ale w ciągu kilku sekund zamieniłam się w ogromną fontannę łez. Pokrótce cała poduszka była mokra. Za co, za co, za co, za co! Dlaczego moją mamą nie mogła być... No choćby Afrodyta! Nie, zostanę dzieckiem bogini, która nienawidzi mężczyzn i w dodatku nigdy nie miała żadnych dzieci! Za co, za co, za co, za co?! I co, niby jak się urodziłam?! Miałam szansę zostać najbardziej wytykanym dzieckiem na Obozie! Czemu ja mam zawsze pod górę?! Czemu zawsze muszę odstawać od grupy?! Tak się skupiłam na płaczu  i biadoleniu nad sobą, że dopiero po dziesięciu minutach się zorientowałam iż ktoś się dobija do moich drzwi. Nie dadzą mi teraz chwili, aby mnie nie wytykać! Jednk  wzięłam kilka głębokich wdechów, uspokoiłam się i otworzyłam drzwi. Kiedy zobaczyłam kto w nich stoi miałam ochotę je zatrzasnąć, ale nie ze złości, tylko z zawstydzenia. Osobnik stojący przede mną był... ZNIEWALAJĄCO PRZYSTOJNY! Śliczne, gęste, ciemne włosy i piękne niebieskie oczy... A kiedy się do mnie uśmiechnął, poczułam się, jakbym się znalazła na Polach Elizejskich. Dopiero wtedy się zorientowałam, że on coś do mnie mówi. Wysiliłam umysł, aby skupić się na jego słowach.
- ...a nazywam się Diego Holmes- powiedział, wyciągając do mnie rękę. Uścisnęłam ją, mając nadzieję, że nie jestem cała czerwona.
- Diana Davenporth. A ty jesteś z...?
- Domek numer trzy -odparł, a gdy zobaczył moją nic nierozumiejącą minę dodał: - Domek Posejdona.
Na dźwięk imienia akurat tego boga, w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.
- Percy cię tu przysłał? -zapytałam, za całych sił się starając, aby mój głos zabrzmiał gniewnie, tak samo, jak wyraz twarzy.
- Sam nie mógł przyjść. Poszedł razem z Annabeth do Wielkiego Domu i oprosił mnie abym ci dotrzymać towarzystwa.
- Dokąd?- zapytałam skonfundowana, równocześnie obiecując sobie , że przy najbliższej okazji wyściskam Percy' ego za tak genialny pomysł.
- Do... Dyrekcji Obozu, Pan D. , dyrektor ich wezwał-odpowiedział, przez chwilę szukając odpowiedniego słowa na określenie Wielkiego Domu. Wszedł do środka, aja zamknęłam za nim drzwi. Rozejrzał się, a jego wzrok padł na łóżko, na którym przed chwilą ryczałam. - Płakałaś?- zapytał.
- Nie- odparłam, czując, że się powoli czerwienię. Podszedł bliżej łóżka i podniósł poduszkę, którą zalałam swoimi łzami.
- Doprawdy? Tę poszewkę można z powodzeniem wyżymać jak mokrą ścierkę i miałbym z litr wody do morza.
Myślałam, że się zapadnę pod ziemię.
- To nic takiego-odparłam, odzyskując panowanie nad głosem. Wzruszył ramionami.
- Jakbyś czegoś potrzebowała, wiesz gdzie mnie znaleźć-powiedział, kierując się w stronę drzwi, a ja podreptałam za nim. Otworzył drzwi i się obrócił. Położył sobie dłoń na tyle głowy. - No... To cześć.
- Cześć -odparłam. Oddalił się a ja gapiłam się na niego jak ciele na malowane wrota. Kiedy już zupełnie zniknął mi z oczu, zamknęłam drzwi i zsuwając się po nich przegryzłam wargę.
- Wow...-westchnęłam cicho, a po chwili uśmiechnęłam się ironicznie. Najwidoczniej nie odziedziczyłam wstrętu do mężczyzn po mamie... Chociaż Ann coś w drodze na Obóz wspominała o błogosławieństwach innych bogów... Chyba Afrodyta mnie polubiła...
***

Sul,sul! Jaak się podobało? Trochę dłuższe od poprzedniego, mam nadzieję,że to Was cieszy ^^ Dedyk dla Zoe, za ten piękny art Diega ^^
Sonia
P.S. Jak Wam się podobają piosenki z playlisty?